Antybiotyki na oddziale

Autor: Wojtek Chudziński / Opublikowano: 2017-08-16 12:00:59 /

Nie wiem, dlaczego lekarze mają taką łatwość przepisywania antybiotyków. Nie sztuką jest leczyć, sztuką jest wyleczyć. Jak mawiał Paracelsus, tylko dawka czyni truciznę. W przypadku antybiotyków można odnieść to metaforycznie, bowiem nieodpowiednie dawki nieodpowiednich antybiotyków mogą sprawić, że pacjent w końcu pożegna się z tym światem, bo nic już mu nie pomoże...

W ostatnim artykule skupiłem się na niedocenianych przede mnie wcześniej aspektach pracy z lekarzem. Praca w szpitalu jest dużo bardziej dynamiczna niż praca w aptece ogólnodostępnej, przynajmniej jeśli chodzi o moją rolę na oddziale. Pacjenci odwiedzający swoje apteki zwyczajowo leczą się przewlekle na kilka chorób i biorą dany preparat latami, tak więc zauważając jakąś nieprawidłowość w wydawanych lekach mamy czas na zebranie odpowiednich informacji, przemyślenie problemu i ewentualną rozmowę z pacjentem przy następnej wizycie. Oddziały szpitalne rządzą się jednak swoimi prawami i to, co było podawane rano może do wieczora odejść w zapomnienie.

Rzecz ta jest jak najbardziej oczywista i zrozumiała, lecz nie powinna się tyczyć pewnych grup leków, w tym antybiotyków, na których punkcie jestem szczególnie wyczulony. Do tej pory rosnący problem nieoptymalnej farmakoterapii widziałem przede wszystkim z perspektywy pacjenta, braku compliance, domagania się przepisania konkretnego specyfiku. Zaczynam jednak coraz mocniej zwracać uwagę na drugą stronę medalu, a mianowicie środowisko lekarskie.

Wiadomym jest, że infekcja bakteryjna czy wirusowa nie zawsze przebiega podręcznikowo. Czasem objawy są nietypowe, przebieg mało charakterystyczny. Posiadamy jednak dość szeroki wachlarz możliwości upewnienia się, że postawiona diagnoza nie jest błędna. Służą temu posiewy, antybiogramy czy choćby obserwacja poziomu parametrów zapalnych we krwi. Jak długo żyję, jeszcze nikt nie zlecił mi badania na posiew w czasie infekcji, nie znam też takiej historii z najbliższego otoczenia? Dlaczego tak opornie lekarze korzystają z tej możliwości?


W przypadku infekcji pozaszpitalnej leczonej na oddziale sprawa jest oczywiście stosunkowo trudniejsza. Pacjenci przyjmowani się w dużo cięższym stanie i bardzo często w ramach leczenia empirycznego przepisywana jest niejako z góry antybiotykoterapia o szerokim spektrum działania – na moim oddziale ulubionym zestawem jest ceftriakson 1g + Lewofloksacyna 500mg dwa razy dziennie. Wszystko się zgadza do momentu, gdy diagnostyka obrazowa rzeczywiście potwierdza rozpoznanie kliniczne i należy jakoś zainterweniować. Problemem jednak jest permanentne przepisywanie antybiotyków jedynie po potwierdzeniu wysokiego poziomu białej ostrej fazy (CRP). Nie ukrywam, że w wielu przypadkach stan pacjenta po prostu wskazuje na konieczność takiej farmakoterapii, jednak CRP może podskoczyć równie dobrze po solidnym urazie czy zawale serca. Czy wtedy pacjent ma jakąkolwiek korzyść z podawanych antybiotyków?

Kwestia kolejna, czyli brak rutynowo wykonywanych posiewów i antybiogramów. Rozwój nauki przyniósł nam kilka grup i generacji antybiotyków, jednak nie zawsze silniejszy znaczy lepszy. Według zaleceń, po otrzymaniu wyniku antybiotyk powinien zostać dobrany z uwzględnieniem wrażliwości danego szczepu bakterii przy uwzględnieniu potencjalnych korzyści i działań niepożądanych. „Wyjaławianie pacjenta” najsilniejszymi grupami antybiotyków nie przynosi zbyt wiele pożytku, co pokazuje rzeczywistość. Pacjenci trafiają na oddział wielokrotnie i podczas kolejnych hospitalizacji coraz trudniej uzyskać normalizację ich stanu właśnie z powodu utrudnionej antybiotykoterapii.

Podawanie antybiotyków ma również jasno określone zasady. Już większość pacjentów zdaje sobie sprawę z konieczności kontynuacji antybiotykoterapii nawet po fizycznym ustąpieniu objawów. Lekarzy jednak nie zawsze zdaje się obowiązywać ten warunek. Antybiotyk nagle znika z karty zleceń, bo CRP spadło. Lub też terapia kończy się z dnia na dzień bo… pacjent zostaje wypisany. A skoro bardzo często lekarze nie sięgają po antybiotyki skuteczne tylko najsilniejsze, to nie zawsze uda się zamienić dożylnie podawany specyfik na coś, co pacjent mógłby jeszcze przez parę dni w domu zażywać. Tak oto pojawia nam się nieoptymalna antybiotykoterapia w szpitalu.

Ostatnio jednak moje najśmielsze oczekiwania przeszła farmakoterapia pacjentki z chronicznym stanem zapalnym. Pacjentka otrzymała równocześnie dwa antybiotyki, a że leczenie się przeciągało, a parametry wciąż wykraczały poza górne dopuszczalne normy, dodano do tego zestawu lek przeciwgrzybiczny na poczet ewentualnej grzybicy w przebiegu silnej antybiotykoterapii. Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł dożylnego podawania glikokortykosteroidu, żeby białka ostrej fazy przestały wariować…

Nie sztuką jest leczyć, sztuką jest wyleczyć. Jak mawiał Paracelsus, tylko dawka czyni truciznę. W przypadku antybiotyków można odnieść to metaforycznie, bowiem nieodpowiednie dawki nieodpowiednich antybiotyków mogą sprawić, że pacjent w końcu pożegna się z tym światem, bo nic już mu nie pomoże. Sam lek więc go nie zabije, ale wciągnie na niebezpieczną ścieżkę. Nie wiem, dlaczego lekarze mają taką łatwość przepisywania antybiotyków. Nie wspominając już o unikaniu probiotykoterapii. Przecież antybiotyki są lekami drogimi, a w dzisiejszym świecie koszty są szalenie istotne i powinny stanowić w tym przypadku wystarczający straszak. Jeśli jednak pewne argumenty do nich nie trafią, farmacja może dwoić się i troić w poszukiwaniu nowych antybiotyków, ale lekooporność będzie wygrywać zawsze o krok, a lekarze nieświadomie przyłożą do tego rękę.

Udostępnij
PILNE
ZAMKNIJ
Oświadczenie

Dostęp do zawartości serwisu farmacja.pl jest możliwy
dla osób uprawnionych do wystawia recept
lub osób prowadzących obrót produktami leczniczymi.

Oświadczam, że jestem lekarzem, farmaceutą
lub osobą prowadzącą zaopatrzenie w produkty lecznicze.


Akceptuj