Diabeł tkwi w aptece sieciowej

Autor: Karolina Morze / Opublikowano: 2017-01-25 13:45:09 /

Indoktrynacja zaczęła się już na studiach. Od czasu do czasu na zajęciach przemycano kilka niepochlebnych słów, potem gdzieniegdzie mówiono o niewłaściwych zachowaniach, zmuszaniu do nieetycznych zagrań i gwałceniu prawa, aż na ostatnim roku otwarcie krytykowano apteki sieciowe zarzucając im także działania szkodzące interesom naszej profesji prowadzące do marazmu zawodowego i załamania nerwowego.

Ostatnio dowiedziałam się, że pracownik sieciówki to gorszy farmaceuta, cwaniak i wróg!


Już od początku w pamięci utrwala się diaboliczny wizerunek apteki sieciowej, w której panuje dyktatura, pracownik nie ma prawa głosu, a etyka zawodowa to mit. Na szczęście nie słuchałam tej części wykładów zbyt dobrze i po studiach na staż trafiłam do największej całodobowej apteki sieciowej w okolicy, gdzie rzeczywistość okazała się być trochę inna. Wprawdzie nie zaznałam prawdziwego farmaceutycznego męczeństwa, bo jako tylko stażysta przez pół roku przerzucałam towar, uzupełniałam kody, układałam leki na półkach, robiłam kilogramy maści recepturowych, setki proszków dla dzieci w opłatkach, globulek metodą ręczną i nawet pręciki docewkowe parę razy się trafiły (gdzie się to jeszcze robi?), więc właściwie nie wychodziłam z zaplecza, ale już wtedy zauważyłam, że jednak chyba nie taki diabeł straszny jak go malują. A że nie znałam innego życia – po stażu trafiłam do sieciówki. I nie żałuję.

Praca w aptece sieciowej jest specyficzna. Pracodawca wymaga dostosowania się do konkretnych standardów obsługi i sprzedaży, obiegu dokumentów i zasad współpracy z przełożonymi. Takie warunki pracy oczywiście generują przeróżne zabawne lub (zdecydowanie częściej) załamujące absurdy, system motywacji jest słaby (a przynajmniej za moich czasów był), a pracownik traktowany jest przedmiotowo. Jednak... dla pracownika szeregowego praca w sieci nie musi kończyć się wypaleniem zawodowym, depresją i złorzeczeniem na cały świat. Owszem, można trafić do apteczego kołchozu, gdzie farmaceuta jest zmuszany do sprzedaży idiotycznych preparatów, nie ma żadnych praw, ma uśmiechać się, podawać folióweczki, jeść i sikać na zawołanie. Jednak wystarczy dobry kierownik, dystans i poczucie humoru, żeby na pracę spojrzeć inaczej – jako okazję do zdobycia unikalnego doświadczenia.

Nigdzie indziej nie nauczyłabym się tak wiele w tak krótkim czasie jak w sieciówce, i to nie tylko rzeczy branżowych, ale też asertywności, psychologii sprzedaży oraz wartości własnej pracy. Dla mnie był to dobry wybór na początek. Nie mówię, że było lekko i przyjemnie. Ale gdyby nie to doświadczenie nie byłabym tu, gdzie jestem. Dotyka mnie umniejszanie umiejętności i autorytetu pracowników takich aptek. Nigdy nie uważałam siebie za pozbawionego honoru krwiopijcę żerującego na wizerunku „prawdziwych” farmaceutów i nie sądzę, żeby obecni pracownicy sieciówek tacy byli. To nasi koledzy po fachu i wolałabym, żebyśmy się nawzajem wspierali i szanowali, a nie dyskryminowali.

Udostępnij
PILNE
ZAMKNIJ
Oświadczenie

Dostęp do zawartości serwisu farmacja.pl jest możliwy
dla osób uprawnionych do wystawia recept
lub osób prowadzących obrót produktami leczniczymi.

Oświadczam, że jestem lekarzem, farmaceutą
lub osobą prowadzącą zaopatrzenie w produkty lecznicze.


Akceptuj