Dom pachnący terpentyną

Obrazek użytkownika farmacja.pl
Autor: farmacja.pl / Opublikowano: 2016-12-08 11:40:52 /

Swoje obrazy maluje w kuchni zakładając fartuch, który kiedyś służył jej podczas zajęć z chemii leków. Paulina Anna Misiak udowadnia, że farmacja może iść w parze z malarstwem – choć wcale nie jest to łatwe.

Farmaceutka, żona, matka dwójki dzieci, malarka. Tymi słowami – choć pewnie w innej kolejności – mogłaby opisać się Paulina Anna Misiak. Jej przygoda z malarstwem zaczęła się na trzecim roku studiów farmaceutycznych, kiedy sięgnęła po farby olejne. Jednak sztuka interesowała ją już wcześniej. Jako nastolatka potrafiła rysować bez opamiętania całe noce. W dzieciństwie przypatrywała się swojemu dziadkowi, który z wielkim pietyzmem tworzył projekty laurek okolicznościowych. „Przykazywał przy tym surowo, bym czasem nie dotykała jego precyzyjnie poustawianych pędzli i blaszanych pudełek z farbami akwarelowymi” – wspomina Paulina. „Nie myślałam wówczas rzecz jasna o wyzwalającej wartości tworzenia, lecz jedynie o tym, aby zdobyć te fantastyczne i tajemnicze akcesoria i mieć je tylko dla siebie. Moja miłość do malarstwa wzięła się chyba właśnie z tego prozaicznego zamiłowania do akcesoriów plastycznych i naiwnej wiary w to, że skoro je sobie kupiłam będąc dorosłą, to na pewno prędzej czy później nauczę się ich używać”.

Malarstwa uczyła się sama, pilne analizując obrazy w muzeach. Modigliani, Whistler, Hopper, Boldini, Weiss, Łubowski, Kurzawski. „Drobiazgowe przyglądanie się ich płótnom i próba powtórzenia podpatrzonych w ten sposób technik była dla mnie właściwie najważniejszym źródłem wiedzy o malarstwie” – przyznaje farmaceutka. „Do wszystkiego niestety musiałam jednak dojść samodzielnie”. Przez lata w skupieniu i szczerości wobec samej siebie rozwijała swoje artystyczne zainteresowania. Obserwacje, które poczyniła złożyły się na podstawę jej malarskich eksperymentów. „To obserwacje, które poczyniłam złożyły się na podstawę moich malarskich eksperymentów. Dziś dopiero rozumiem ile straciłam czasu i sił próbując osiągnąć to, co uczelnia artystyczna oferuje swoim studentom na zajęciach ot po prostu. Często wyważałam dawno już otwarte drzwi. Ale mam wrażenie, że powoli z chaosu krystalizuje się mój własny warsztat”.

Tworzy w domu. Nie ma swojej pracowni, ani nawet małego kącika. Płótna o wielkości 100x100 cm udaje jej się malować na sztalugach stojących w… kuchni. Po domu roznosi się zapach terpentyny (skądinąd działającej antyseptycznie przy katarze), a w kuchennej witrynie zamiast serwisu stoją pędzle. „Tu muszę przeprosić całą moją rodzinę, zwłaszcza męża i dzieci, za te wszystkie niedogodności” – mówi Paulina i wylicza: „Za sztalugi, o które się potykają, za wszystkie poniszczone ubrania, gdy przez przypadek otarli się o moje obrazy, za to, że po całym domu rozwieszam schnące płótna, za kraciastą ceratę, którą rozkładam na domowym stole i hałas piły, którą przycinam na niej ramy, za to, że zamiast wydać pieniądze na rzeczy bardziej praktyczne wolę je przetracić w plastycznym sklepie bez nadziei na ich rychły zwrot”. Swoje winy mogłaby mnożyć w nieskończoność…

Mimo, że miała okazję wystawiać swoje obrazy w poznańskim Starym Browarze oraz w Empiku, a czasami udaje się niektóre sprzedać, to malarstwo nie stanowi dla niej źródła dochodu. Zresztą, rzadko który młody artysta jest w stanie utrzymać się ze swojej twórczości. „Materiały malarskie są bardzo drogie, szczególnie te profesjonalne” – stwierdza farmaceutka. „Mimo sporadycznych sprzedaży obrazów, nakłady, które ponoszę w tej dziedzinie są niestety na tyle duże, że absolutnie nie mogę mówić o jakiejkolwiek działalności zarobkowej”. Jednocześnie przyznaje, że miewa propozycje namalowania po raz kolejny obrazów, które się dobrze sprzedały. Na takie prośby ma jednak jedną odpowiedź: „Nie”. Dlaczego? „Jak ktoś kupuje mój obraz ma prawo wiedzieć, że kupuje coś wyjątkowego, a nie obraz z chińskiej fabryki, gdzie sto sztalug przesuwa się na taśmie, a stu ludzi maluje każdy w kółko tylko jeden ze stu detali obrazu. Nie mam żyłki do handlu. Jeszcze się nie wyleczyłam z idealizmu”.

Zajmując się domem i wychowując dwójkę malutkich dzieci, ukończenie obrazu jest dla niej niemalże heroicznym wysiłkiem, dlatego nie maluje ich wiele. Poświęca na to głównie wieczory, ale i noce – w dzień szaleją dzieci. Paulina przyznaje, że miewa z tego powodu wyrzuty sumienia: „O ile można sobie pozwolić na ekstrawagancje w wieku nastoletnim, o tyle dorosła kobieta o odpowiedzialnych życiowych rolach, żona i matka, pedantyczna aptekarka, która w upstrzonym fartuchu z kokiem poprzetykanym pędzlami maluje obrazy, co jeszcze nie przynosi jej żadnego wymiernego zysku jest – dla pragmatycznie myślących osób – co najmniej zastanawiająca”. Po chwili przyznaje jednak, że mimo wszystko nie potrafi przestać malować.

Jeden obraz tworzy od dwóch tygodni do pięciu lat. Wiele z nich maluje jednocześnie, wieloetapowo. „Farby olejne, zwłaszcza kładzione grubymi impastami, potrafią schnąć wiele miesięcy, co wymusza długie technologiczne przerwy przed położeniem kolejnych warstw malarskich” – wyjaśnia farmaceutka. „Jednak obraz przede wszystkim powstaje w głowie. Stawiam w domu puste płótno i wiele dni na nie patrzę planując pracę. Potem postawię pierwszy szkic i znów patrzę na nie tygodniami, a wizja, którą mam powoli się klaruje. Malowanie jest właściwie jedynie finiszem tego, co dzieje się w moim umyśle”.


O sztuce i malowaniu mogłaby mówić godzinami. O balsamicznym zapachu terpentyny, o lepkim dotyku farb nakładanych na płótno dłońmi, o widoku palety, na której z bieli podstawowych barw rozpoczyna się hipnotyczny, nieskończony ciąg wciąż nowych kolorów… „To nie jest zwykłe hobby. To prawdziwa, pochłaniająca pasja” – przekonuje. „Więcej, jakiś refleks wnętrza, jakaś część mojej tożsamości. Gdybym nie miała wiele do powiedzenia, gdybym każdego dnia nie zastanawiała się nad życiem i śmiercią, kondycją człowieka we wszechświecie, jego relacją z Bogiem, wiecznością i jutrem, gdyby snu z powiek nie spędzały mi częstokroć głębokie rozważania nad nami – ludźmi, to myślę, że w malarstwie nie miałabym czego szukać”.

Najczęstszym tematem jej obrazów była dotąd przyroda, będąca ilustracją jej osobistych przeżyć, tęsknot i niepokojów. „Przyroda jako przestrzeń, cisza i samotność” – mówi Paulina. „Próbowałam, bez zbędnego teoretyzowania, po prostu kierować się zachwytem jako imperatywem twórczym, jak ognia unikając odniesień do sztuki współczesnej, której moje początkowo pełne dystansu podejście kazało przypiąć łatkę niepojmowalnej, pełnej chaosu, złych emocji, często obrazoburczej lub idiotycznej. Chciałam, malując, po prostu uruchomić jakiś wehikuł czasu i cofnąć się do dnia, gdy piękno było tym, czego w sztuce szukano. Tak niestety się nie da. Sztuka jest refleksem rzeczywistości, odbiciem życia. I tak, jak w życiu – są rzeczy głupie, są mądre, możemy powiedzieć coś w sposób przemyślany, możemy też bezmyślnie wykrzyczeć. Jeśli pewne dziedziny społecznego życia ulegają niekorzystnym przemianom, to musi to znaleźć odbicie w sztuce. Oczywiście, jako wolne jednostki, mamy wybór na co chcemy patrzeć lub co tworzyć”.

Od jakiegoś czasu farmaceutka rzadko wyjeżdża, utknąwszy w mieście gdzie mieszka, pracuje i wychowuje dwójkę dzieci. To również znalazło odbicie w jej najnowszych obrazach. Podobnie zresztą jak i macierzyństwo, które poszerzyło jej spektrum doświadczeń. „Nie będę jednak zdradzać w czym rzecz, zanim nie ukończę kolejnej serii obrazów, co planuję zrobić w przyszłym roku” - dodaje tajemniczo.

Jak przyznaje, nigdy nie jest do końca zadowolona ze swoich obrazów i prawdopodobnie nigdy nie będzie. „Na moich ścianach wytrzymują z górą dwa tygodnie, a potem muszę je ściągać bo mnie drażnią” – zdradza Paulina. „Po jakimś czasie znów do nich tęsknię i wieszam. I tak w kółko. Dłużej wisieć mają prawo tylko gdy schną. Jestem jednak do nich bardzo przywiązana i sprzedaż, nawet za słuszną kwotę, wiąże się z nutą niepewności, czy aby na pewno chcę się ich tak definitywnie pozbywać”.

A co z farmacją i pracą w aptece? „Obecnie jestem na urlopie opiekując się młodszą córeczką, ale oczywiście zamierzam/muszę/chcę wrócić do pracy” – wyznaje farmaceutka i wspomina, że stali pacjenci wiedzieli, że zajmuje się malarstwem. „Miło było zamienić kilka słów na ten temat, ale oczywiście nie było czasu na dłuższe rozmowy”. Farmacja ją fascynuje. Uważa, że w fantastycznych mechanizmach rządzących ludzką fizjologią zarówno na poziomie ogólnoustrojowym, jak i tym molekularnym, jest coś inspirującego – również z artystycznego punktu widzenia. „Poza tym zgłębiana na studiach wiedza o anatomii człowieka i chemii bardzo przydaje się w malarstwie” – wyznaje Paulina i dodaje z uśmiechem: „No i oczywiście fartuch z chemii leków, który mam do dziś i uwielbiam w nim malować!”

Farmaceutka traktuje swoją pasję poważnie, jednak stara się zachować do niej właściwy stosunek. „To zrozumiałe, że chciałabym spotkać się z docenianiem dla moich malarskich wysiłków, ale nie oczekuję tego i nie to jest moim celem. Niewielu osobom udaje się zarabiać na życie robiąc to co im się po prostu podoba. Poza tym życiowa zależność od ludzkich gustów grozi estetycznym konformizmem, a tego bym nie chciała”.

Dba również o to, by malowanie nie zdominowało innych, ważniejszych dziedzin jej życia, choć nie wyobraża sobie funkcjonowania bez niego. „To wentyl bezpieczeństwa, przez który wyrzucam z siebie nadwyżkę emocji” – przyznaje Paulina. „Paradoksalnie większy ból, stres, przerażenie, zmęczenie umysłu czy pęd zdarzeń wyzwala we mnie większą chęć stanięcia przy sztalugach. Wtedy po prostu... przestaję myśleć. Sama się zdziwiłam, gdy to odkryłam. Doskonale pamiętam ten moment. Po dłuższym malowaniu usiłowałam sobie przypomnieć o czym myślałam podczas pracy i zrozumiałam, że zupełnie o niczym. Dla mnie - nerwuski, choleryczki i wiecznie nadmiernie myślącej było to zjawiskowe odkrycie. Zrozumiałam jak oczyszczającą dla umysłu wartość ma malowanie”.

Artykuł został opublikowany w 4 numerze magazynu MGR.FARM

Udostępnij
PILNE
ZAMKNIJ
Oświadczenie

Dostęp do zawartości serwisu farmacja.pl jest możliwy
dla osób uprawnionych do wystawia recept
lub osób prowadzących obrót produktami leczniczymi.

Oświadczam, że jestem lekarzem, farmaceutą
lub osobą prowadzącą zaopatrzenie w produkty lecznicze.


Akceptuj