REKLAMA
Autor: Wojtek Chudziński Opublikowano: 18 października 2018

Dosis facit venenum

Artykuł pochodzi z serwisu
Jak mawiał Paracelsus, tylko dawka czyni truciznę. W przypadku antybiotyków można odnieść to metaforycznie, bowiem nieodpowiednie dawki nieodpowiednich antybiotyków mogą sprawić, że pacjent w końcu pożegna się z tym światem, bo nic już mu nie pomoże. Sam lek więc go nie zabije, ale wciągnie na niebezpieczną ścieżkę.
REKLAMA

Całe zaplecze diagnostyczne

Wiadomym jest, że infekcja bakteryjna czy wirusowa nie zawsze przebiega podręcznikowo. Czasem objawy są nietypowe, przebieg mało charakterystyczny. Posiadamy jednak dość szeroki wachlarz możliwości upewnienia się, że postawiona diagnoza nie jest błędna. Służą temu posiewy, antybiogramy czy choćby obserwacja poziomu parametrów zapalnych we krwi. Jak długo żyję, jeszcze nikt nie zlecił mi badania na posiew w czasie infekcji, nie znam też takiej historii z najbliższego otoczenia? Dlaczego lekarze tak opornie korzystają z tej możliwości?

Infekcja na oddziale

W przypadku infekcji pozaszpitalnej leczonej na oddziale sprawa jest oczywiście stosunkowo trudniejsza. Pacjenci przyjmowani się w dużo cięższym stanie i bardzo często w ramach leczenia empirycznego przepisywana jest niejako z góry antybiotykoterapia o szerokim spektrum działania – często stosowanym zestawem jest ceftriakson 1g  + lewofloksacyna 500mg dwa razy dziennie. Wszystko się zgadza do momentu, gdy diagnostyka obrazowa rzeczywiście potwierdza rozpoznanie kliniczne i należy jakoś zainterweniować. Problemem jednak jest permanentne przepisywanie antybiotyków jedynie po potwierdzeniu wysokiego poziomu białej ostrej fazy (CRP). W wielu przypadkach stan pacjenta po prostu wskazuje na konieczność takiej farmakoterapii, jednak CRP może podskoczyć równie dobrze po solidnym urazie czy zawale serca. Czy wtedy pacjent ma jakąkolwiek korzyść z podawanych antybiotyków?

Problemem jednak jest permanentne przepisywanie antybiotyków jedynie po potwierdzeniu wysokiego poziomu białej ostrej fazy (CRP)

Silniejszy znaczy lepszy

Kwestia kolejna, czyli brak rutynowo wykonywanych posiewów i antybiogramów. Rozwój nauki przyniósł nam kilka grup i generacji antybiotyków, jednak nie zawsze silniejszy znaczy lepszy. Według zaleceń, po otrzymaniu wyniku antybiotyk powinien zostać dobrany z uwzględnieniem wrażliwości danego szczepu bakterii przy uwzględnieniu potencjalnych korzyści i działań niepożądanych. „Wyjaławianie pacjenta” najsilniejszymi grupami antybiotyków nie przynosi zbyt wiele pożytku, co pokazuje rzeczywistość. Pacjenci trafiają na oddział wielokrotnie i podczas kolejnych hospitalizacji coraz trudniej uzyskać normalizację ich stanu właśnie z powodu utrudnionej antybiotykoterapii.

REKLAMA

Czas ma znaczenie

Podawanie antybiotyków ma również jasno określone zasady. Już większość pacjentów zdaje sobie sprawę z konieczności kontynuacji antybiotykoterapii nawet po fizycznym ustąpieniu objawów. Lekarzy jednak nie zawsze zdaje się obowiązywać ten warunek. Antybiotyk nagle znika z karty zleceń, bo CRP spadło. Lub też terapia kończy się z dnia na dzień bo… pacjent zostaje wypisany. A skoro bardzo często lekarze nie sięgają po antybiotyki skuteczne tylko najsilniejsze, to nie zawsze uda się zamienić dożylnie podawany specyfik na coś, co pacjent mógłby jeszcze przez parę dni w domu zażywać. Tak oto pojawia nam się nieoptymalna antybiotykoterapia w szpitalu.

REKLAMA

Parę przemyśleń na przyszłość

Nie sztuką jest leczyć, sztuką jest wyleczyć. Nie wiem, dlaczego lekarze mają taką łatwość przepisywania antybiotyków. Nie wspominając już o unikaniu probiotykoterapii. Przecież antybiotyki są lekami drogimi, a w dzisiejszym świecie koszty są szalenie istotne i powinny stanowić w tym przypadku wystarczający straszak. Jeśli jednak pewne argumenty do nich nie trafią, farmacja może dwoić się i troić w poszukiwaniu nowych antybiotyków, ale lekooporność będzie wygrywać zawsze o krok, a lekarze nieświadomie przyłożą do tego rękę.

Artykuł pochodzi z serwisu
REKLAMA
REKLAMA

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych