Farmaceuta mrożący krew w żyłach

Obrazek użytkownika farmacja.pl
Autor: farmacja.pl / Opublikowano: 2016-10-31 10:23:04 /

Farmaceuta za dnia, pisarz po pracy. Nikt lepiej od niego nie wie jak jednocześnie przyspieszyć puls i zmrozić krew w żyłach.

„Wybitny debiut”, „Cudze chwalicie, swego nie znacie”, „Polski rynek wydawniczy długo czekał na talent, pokroju takich sław jak: Alfred Hitchcock czy Agatha Christie” – tak o pewnym młodym pisarzu rozpisują się od niedawna dziennikarze i krytycy. Thomas Arnold, bo o nim mowa, ma na swoim koncie trzy wydane książki, które napisał w niespełna 4 lata. I nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że ich autor na co dzień pracuje w… aptece. Arnold Płaczek – bo to on kryje się pod wspomnianym pseudonimem – jest farmaceutą pracującym w Pszowie, a mieszkającym w Rydułtowach (niewielka miejscowość na południu województwa Śląskiego, 70 kilometrów od Katowic). Lokalna prasa okrzyknęła go rydułtowskim Harlanem Cobenem.

Skąd w głowie młodego farmaceuty (rocznik 85’) pojawił się pomysł, by napisać pierwszą książkę? „Tak naprawdę w którymś momencie zacząłem szukać alternatywy” – wspomina. „Czegoś zupełnie innego od tego, co robiłem”. Jak większość farmaceutów miał to szczęście, że niemal od razu po studiach (Śląski Uniwersytet Medyczny) i stażu znalazł pracę w zawodzie. Oprócz pracy na etat, dorabiał sobie również „na godziny”. W końcu zaczął być gościem we własnym domu i po dwóch latach gonitwy uwiadomił sobie, że tak dalej być nie może. „Praca to praca, ale żyć też trzeba” – podkreśla. „Zacząłem szukać czegoś, co pozwoliłoby mi dodatkowo realizować się, ale w zaciszu własnych czterech kątów, nie ganiając od rana do wieczora po aptekach. A że zawsze lubiłem czytać... Którejś niedzieli – chyba w lipcu 2012 – postanowiłem spróbować swoich sił, tyle że po tej drugiej stronie lustra. Wymyśliłem fabułę i powiedziałem sobie, że od jutra zaczynam działać – w sensie pisać. Minęły prawie cztery lata i dalej działam, więc chyba się udało”.

Czy napisanie książki jest rzeczywiście takie łatwe? Arnold Płaczek przyznaje, że zaczynając nie miał zbyt wielkiego zaplecza literackiego. „Jakoś trzeba było sobie poradzić” – stwierdza. „Dawniej sporo czytałem. Gdzieś to słownictwo po głowie się pałętało, jednak należało je poukładać. Nie uważam się za człowieka wylewnego, ani autora pięknie opisującego wspaniałości przyrody i okolicy”. W swoich książkach nazywa rzeczy po imieniu i stawia na fabułę oraz akcję. Nie ma w nich lania wody i opisywania jednego zjawiska na kilkanaście sposobów. „Jeżeli coś brzmi ładnie i wzniośle, to widocznie akurat przyszło mi to do głowy. Ogólnie nic na siłę” – zapewnia autor. „A jeżeli chodzi o składnię... Czytałem zdania, akapity tak długo, dopóki ich brzmienie nie było zadowalające”.

Przy pierwszej książce bardzo pomogła mu jego dawna nauczycielka języka polskiego, jeszcze z czasów podstawówki – Pani Danusia. „Nieźle się zdziwiła, gdy przyniosłem jej prawie czterysta stron książki” – wspomina z uśmiechem farmaceuta. „Z drugiej strony myślę, że było to dla niej miłe zaskoczenie. W szkole raczej nikt by nie obstawił mnie jako przyszłego autora książek”.

Zresztą chyba nie ona jedna była zaskoczona nagłym przebudzeniem talentu jej dawnego ucznia. Wcześniej Arnold Płaczek nie zdradzał zamiłowania do pisania. „Moje najdłuższe wypracowanie jakie napisałem przed pierwszą książką to prawdopodobnie była matura z polskiego” – podsumowuje półżartem, po czym dodaje „Oczywiście nie licząc pracy magisterskiej, choć w naszym przypadku trudno mówić o pracy magisterskiej jako o wypracowaniu. To bardziej rzetelny, analityczny opis bez twórczego polotu”.

Jego pierwsza książka nie została wydana. „To był taki dwustustronicowy zlepek wyrazów, który był pewnego rodzaju sprawdzianem, czy rzeczywiście jestem w stanie coś napisać” – przyznaje pisarz. „Nie chodziło tylko o język czy składnię, bardziej o wytrwałość i mobilizację. Po dwóch miesiącach skończyłem swoją pierwszą historię z radością odkrywając, że studia nauczyły mnie czegoś, co w pisaniu książek okazało się kluczowe – wytrwałości w dążeniu do celu”.

Ten sprawdzian wypadł na tyle dobrze, że farmaceuta zdecydował się napisać kolejną powieść i zawalczyć o jej wydanie. Tak powstała „Anestezja”. Dwójka jej bohaterów – detektyw Nicolas Steward i dziennikarka Kate Frost – próbuje rozwikłać zagadkę fali tajemniczych porwań, która nawiedza Nowy Jork, Filadelfię i Waszyngton. Historia okazała się na tyle ciekawa, że autorowi dość szybko udało się znaleźć wydawcę. „ANESTEZJA pojawiła się na rynku jako współwydanie” – wyjaśnia Płaczek. „W skrócie... Oznacza to, że wydawca pokrywa połowę kosztów wydania, autor drugą połowę”. Takie sytuacje nie są niczym niezwykłym na rynku wydawniczym i pozwalają młodym autorom zadebiutować i zostać zauważonymi. Tak też było i w tym przypadku. „To otworzyło mi dalszą drogę” – przyznaje farmaceuta.

Z drugą książką było już inaczej. „Po ANESTEZJI napisałem 33 DNI PRAWDY. Przypadkowo usłyszałem o Wydawcy, który mógłby być zainteresowany moją nową powieścią . Tak więc czym prędzej przekazałem tekst do oceny. Oddzwoniono do mnie w ciągu tygodnia i wyrażono zgodę na publikację dzieła. Co więcej, historia okazała się Wydawcy na tyle ciekawa, że doszliśmy do wstępnego porozumienia, aby stworzyć serię powieści z tymi samymi bohaterami. I tak naprawdę to właśnie był mój prawdziwy start, jeżeli chodzi o tradycyjne wydawanie książek”.

Obecnie Arnold Płaczek ma na swoim koncie trzy opublikowane powieści: „Anestezja”, „33 dni prawdy” i „Tetragon”. A w zasadzie nie Arnold Płaczek, a Thomas Arnold. Skąd ten pseudonim, który pojawił się już przy pierwszej książce? „Nazywam się Arnold Płaczek, więc Arnold od imienia” – wyjaśnia autor i dodaje z uśmiechem. „OK. To była ta łatwiejsza połowa. A druga... No cóż. Próżność. Pomyślałem, że jeżeli akcja ma dziać się w USA, to dlaczego nie obco brzmiący pseudonim? Sprawdziłem kilka imion. Thomas nie kojarzył się z żadnym sławnym, żyjącym pisarzem, więc specjalnie nie ukradłem niczyjej tożsamości. Ostatecznie postanowiłem, że to fajnie brzmi, a na pewno znacznie lepiej niż Arnold Płaczek”.

Wspólnym elementem dotychczasowych powieści Thomasa Arnolda jest osadzenie ich akcji w USA. Co ciekawe autor nigdy nie był w tym kraju. „Zanim napisałem Anestezję, posprawdzałem parę rzeczy” – wyjaśnia farmaceuta. „Pierwsza książka traktowała o czarnym rynku handlu organami. Organizacja tego procederu została przeniesiona w książce na wysoki poziom, więc musiałem wybrać kraj, który temu podoła. Z drugiej strony zawsze zaczytywałem się w kryminałach i sensacji zagranicznych autorów, więc umiejscowienie pewnych wydarzeń w Polsce wydawało mi się nieodpowiednie, niedopasowane do rzeczywistości. To trochę tak jak z pisarzami z „dalekiej północy”. Skandynawia to teren na mapie Europy o wyjątkowo niskiej przestępczości – mam na myśli głównie zabójstwa. Statystycznie porównując przestępczość tego rejonu Europy do innych, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych czy Azji, Skandynawia jest krainą wiecznej szczęśliwości, a tamtejsi autorzy zrobili z niej przedsionek piekła – miejsce mordu i gwałtu. Nie chciałem tego samego robić z Polską”.

Przygotowując się do pisania, autor posługuje się głównie internetem – mapami i opisami miejsc oraz budynków. Dlaczego pisze o czymś, czego nie zna z autopsji? „Dla mnie thriller kryminalny to historia, wydarzenia, zagadka, ciekawe zakończenie” – zapewnia Płaczek. „Nie chcę stworzyć przewodnika po Cleveland, a historię z miastem w tle. Ważne są dla mnie poszczególne lokalizacje: wydział zabójstw, mieszkania ofiar, miejsca spotkań bohaterów. Ważna jest dla mnie historia - ma być wciągająca i niepowtarzalna. Kraj jest tylko tłem, a Stany najlepiej pasowały jako miejsce akcji dla moich książek”.

Arnold Płaczek na co dzień pracuje w aptece w Pszowie. Pisaniem zajmuje się „po godzinach”, a mimo to udaje mu się utrzymać imponujące tempo tworzenia. W ostatnich czterech latach udało mu się wydać trzy powieści, a kolejna jest już w drodze. Ile czasu zajmuje mu napisanie jednej książki? „To bardzo subiektywna sprawa” – wyjaśnia. „Przy dobrych wiatrach jestem w stanie napisać – pod warunkiem, że wiem, o czym chcę pisać – jedną komputerową stronę na godzinę. Taka ilość znaków średnio przekłada się na dwie standardowe strony w książce. Średnio moje powieści zawierają się w 400 stronach. Co nam daje 200 stron komputerowych i 200 godzin pracy. Zakładając ośmiogodzinny dzień pracy i wolne weekendy powinno to zająć około miesiąca”.

Tyle teorii. W praktyce napisanie książki bardzo rozwleka się w czasie, z powodu dodatkowych obowiązków, które często wyrastają jak grzyby po deszczu. „Czasem chciałbym siąść przez cały dzień przed laptopem i wyłączyć się, ale po prostu się nie da” – przyznaje farmaceuta. „Druga sprawa po napisaniu książki, to poprawa własnego tekstu. Samodzielna korekta często trwa drugie tyle, co samo pisanie. Swoje książki czytam po kilka razy, żeby ostatecznie doprowadzić tekst do wstępnego porządku. Dopiero później pałeczkę przejmują korektorzy, wydawca. Tak więc optymalnie napisanie książki w moim przypadku trwa od pół roku do roku. Za cel postawiłem sobie pisanie jednej książki rocznie. I myślę, że traktując pisanie jako hobby, jest to wykonalne bez zaniedbania pozostałych obowiązków”.

Czy wykształcenie i praca farmaceuty przydaje się podczas pisania książek? „Myślę, że tak, ale bardziej na zasadzie zahartowania w dążeniu do celu” – odpowiada na takie pytanie Płaczek. „Oczywiście w moich powieściach pojawiają się wątki medyczne - szczególnie sporo w ANESTEZJI, a także w historii, którą obecnie kończę pod tytułem HORYZONT UMYSŁU - ale są raczej powierzchownie potraktowane. Nie chcę z moich książek robić drugiej pracy magisterskiej. To ma być czysta rozrywka dla wszystkich bez względu na wykształcenie”.

Dokonania farmaceuty nie uszły uwadze jego pacjentów. „Zdarzy się, że ktoś zapyta: Czy ten pan, to ten pan?” – przyznaje z uśmiechem autor. „Wtedy Koleżanki - bo to one najczęściej są o to pytane - odpowiadają: Tak, to ten pan”. Bywa też, że ktoś wpadnie do apteki z prośbą o autograf albo egzemplarz książki z dedykacją. „To bardzo miłe incydenty i dają pozytywny zastrzyk energii na cały dzień. Czy często się zdarzają? Mniej więcej tyle razy w miesiącu, ile razy z hurtowni dostaniecie Clexane” – dodaje półżartem Płaczek.

Wśród pacjentów znajdują się też tacy, którzy nie szczędzą farmaceucie krytyki. „Najbardziej przypadła mi do gustu opinia naszej stałej pacjentki, Pani Sylwii” – wspomina autor. „Powiedziała: ‘Pierwsza du*y nie urywa, ale dwie kolejne są super!’ I to było chyba najkrótsze i jednocześnie najfajniejsze podsumowanie mojej dotychczasowej twórczości, jakie usłyszałem”.

Udostępnij
PILNE
ZAMKNIJ
Oświadczenie

Dostęp do zawartości serwisu farmacja.pl jest możliwy
dla osób uprawnionych do wystawia recept
lub osób prowadzących obrót produktami leczniczymi.

Oświadczam, że jestem lekarzem, farmaceutą
lub osobą prowadzącą zaopatrzenie w produkty lecznicze.


Akceptuj