REKLAMA
Autor: Łukasz Waligórski Opublikowano: 27 czerwca 2018

Farmaceuta na tropie tajemnic

Artykuł pochodzi z serwisu

Bartosz Rdułtowski z tropienia i opisywania wojennych sekretów uczynił swój zawód. Złoty pociąg, bunkry III Rzeszy w Górach Sowich czy… UFO w Polsce, nie mają przed nim tajemnic. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś był farmaceutą…

Kim jest Rdułtowski? To jeden z obecnie najbardziej znanych badaczy tajemnic II wojny światowej w Polsce, autor książek, artykułów i właściciel wydawnictwa Technol. (fot. archiwum prywatne)

REKLAMA

REKLAMA

10 maja 1978 roku Jan Wolski jechał wozem konnym przez las niedaleko Emilcina – niewielkiej wsi w województwie lubelskim. Wracał do domu, kiedy na jego drodze stanęły dwie dziwne postaci. Z jego relacji wynika, że były niewysokie, miały oliwkowozielone twarze, skośne oczy i wystające kości policzkowe. Istoty zabrały Wolskiego do swojego pojazdu, gdzie poddały go badaniom, a następnie… pozwoliły mu odejść. Po powrocie do domu powiedział wszystko rodzinie i sąsiadom. Wkrótce cała Polska znała historię rolnika z Emilcina, który spotkał UFO. Przez kolejne 30 lat nie udało się wyjaśnić ani zakwestionować tego zdarzenia. W Emilcinie stanął nawet pomnik UFO, upamiętniający to niezwykłe spotkanie. Aż w końcu w 2013 roku na rynek wydawniczy trafiła książka „Tajne operacje. PRL i UFO” autorstwa Bartosza Rdułtowskiego, który dotarł do świadków tamtych wydarzeń, odnalazł dokumenty i wyjaśnił tajemnicę polskiego UFO z Emilcina…

Kim jest Rdułtowski? To jeden z obecnie najbardziej znanych badaczy tajemnic II wojny światowej w Polsce, autor książek, artykułów i właściciel wydawnictwa Technol. O tajemnicach Gór Sowich, ukrytych skarbach, pilnujących ich strażnikach i „Złotym pociągu” wie niemal wszystko. Jego praca to efekt ogromnej pasji, która rozpoczęła się już w dzieciństwie. Skąd zatem w jego życiu wzięła się farmacja? Zacznijmy od początku…

– Jako pięciolatek usłyszałem od mamy tzw. historię emilcińską, czyli zagadkę najsłynniejszego w Polsce spotkania z domniemanym UFO, które rzekomo miało miejsce 10 maja 1978 roku w podlubelskiej wsi Emilcin – wspomina Bartosz i przyznaje, że to rozbudziło w nim ciekawość. Zaczął zadawać pytania i szukać odpowiedzi. W wieku 11 lat przeczytał książkę Janusza Wojciechowskiego „UFO i prawdziwe latające talerze”. Na tym jednak nie kończyły się jego zainteresowania. W szkole podstawowej ciekawiła go historia związana z drugą wojną światową i lotnictwem. – Później, mniej więcej w drugiej klasie liceum, zainteresowania te poszerzyły się o paleoastronautykę, ufologię i jeszcze kilka zbliżonych tematów. Jednym słowem: wszystko, co jest tajemnicze, niejednoznaczne, intrygujące. Tak chyba najlepiej można to określić – mówi Rdułtowski. – To wówczas pokochałem tajemnice.

Było to jednak nadal tylko hobby, z którym nie wiązał swojej przyszłości i nie widział w nim źródła utrzymania. Sposobem na płacenie rachunków miała być farmacja, choć stało się to zupełnie przez przypadek. – Od początku trzeciej klasy licealnej wiedziałem, że będę studiował jakiś kierunek związany z chemią i biologią. To były moje dwa ulubione przedmioty, w których czułem się naprawdę mocny – mówi Bartosz.

Początkowo myślałem o medycynie. Chciałem zostać chirurgiem. Mniej więcej w połowie klasy maturalnej dowiedziałem się o istniejącym na Uniwersytecie Jagiellońskim kierunku biologii molekularnej. Zdecydowałem, że to będzie najlepszy wybór.

Kilka dni przed złożeniem papierów zadzwonił do swojego przyjaciela i zarazem sąsiada – Tomka Witka. Chciał się wybrać na wypad na skałki, ale telefon odebrał ojciec kolegi, będący farmaceutą i naukowym pracownikiem farmacji, która wówczas należała jeszcze do Krakowskiej Akademii Medycznej. – Od słowa do słowa, aż usłyszałem pytanie: „To co będziesz studiował Bartku?” – opowiada. – Gdy wspomniałem o biologii molekularnej, stwierdził: „Masz chwilę, to wpadnij do mnie, coś ci opowiem”. I opowiedział. Przede wszystkim, przekonał mnie, że po farmacji też będę mógł pracować naukowo w laboratorium, ale będę mógł również mieć w przyszłości swoją aptekę, czy też pracować w szpitalu. Jednym słowem, możliwości rysowały się niezwykle szerokie. Kilka dni później złożyłem papiery na farmację.

Po studiach Bartosz trafił do apteki. Dość szybko zorientował się jednak, że to zupełnie nie była praca dla niego. – Tym, co najbardziej irytowało mnie w pracy aptekarza, było notoryczne tracenie czasu i nerwów przez błędy lekarzy. Źle wypisane dawkowania leków sprawiały, że nie można było wydać przepisanej ilości opakowań, bo istniało ryzyko, że po kontroli NFZ cofnie refundację – wymienia. – Pozostawało albo odesłać pacjenta by poprawił receptę, albo samemu pomaszerować i prosić o poprawę. Pół biedy, kiedy lekarz bez zbędnych dyskusji nanosił odpowiednie poprawki i podbijał je pieczątką. Gorzej, kiedy koniecznych poprawek nanieść nie chciał. Na szczęście w osiedlowej przychodni, z której mieliśmy najwięcej recept, pracowali rozsądni i życzliwi lekarze – wspomina Rdułtowski.

Strony

Artykuł pochodzi z serwisu
REKLAMA
REKLAMA

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych