Farmacja poziom 2.0

Autor: Wojtek Chudziński / Opublikowano: 2017-08-08 12:39:31 /

Ordynator oddziału, na którym pracuję, wciąż ma problem, jak się do mnie zwracać. Wszyscy są tutaj bowiem lekarzami, ja jestem natomiast…? Farmaceutą, to na pewno, ale mówić Panie Farmaceuto, brzmi co najmniej dziwnie? Nie przekonała go chyba istniejąca przynajmniej w teorii farmacja kliniczna, co mogę zrozumieć, bowiem po skończonej specjalizacji mógłbym taki tytuł nosić. Zostałem więc „Panem Konsultantem do spraw Farmakoterapii”. Nie ukrywam, że spodobał mi się ten tytuł i odtąd sam zacząłem tak mówić o sobie w obecności innych pracowników szpitala.

Nie całe dnie spędzam na oddziale. Jestem etatowym pracownikiem apteki szpitalnej, więc jest to całkowicie zrozumiałe, że zdarza mi się zastępować koleżanki czy kolegów w ich codziennych obowiązkach. Praca zgoła inna od realizacji recept w aptece ogólnodostępnej, ale w mojego punktu widzenia bardzo pomocna, bo pomogła mi zaznajomić się z grupą leków, z którymi nie miałem w zasadzie wcześniej styczności. Część z nich to oczywiście preparaty do lecznictwa zamkniętego, część to po prostu leki specjalistyczne, dużo szersza gama preparatów psychotropowych czy narkotycznych. Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że i wśród tych leków zamienników jest sporo, a bez nazw handlowych daleko ujechać się nie da. Tak oto, zaczynam przyswajać ów dział leków zakazanych by mieć większą szansę na oddziale. Praca mozolna, bowiem, biorąc do ręki opakowanie uczę się substancji chemicznej by potem i tak po odbytej analizie problemów lekowych zaprezentować lekarzowi wynik mojej pracy na preparatach handlowych. Słowem – kryptografia. Przepisuję karty zleceń w zakresie preparatów, rozkodowuję do substancji czynnych, sprawdzam interakcje, po czym znów koduję do nazw handlowych. Przynajmniej nie grozi mi Alzheimer, wciąż pobudzam swoje szare komórki.

Im więcej siedzę w tym, co w danym momencie mam okazję robić, tym bardziej widzę, jak zmienne jest podejście do tego wszystkiego. Z początku nie mogłem zrozumieć chłodnego przyjęcia moich koncepcji przez ordynatora, chęci wykluczania leków, szybkich zamian. Na początku jako swój wynik obliczałem liczbę interakcji na jednego pacjenta. W tej chwili wiem, że było to założenie co najmniej błędne. Pacjentowi nie poprawi się od notorycznych zmian. Może mu się poprawić, jeśli dany lek rzeczywiście mu szkodził. Rozróżnienie pomiędzy problemem potencjalnym a realnie istniejącym zajęło i wciąż zajmuje mi sporo czasu. Dla mnie jeśli A daje interakcje z B, to pora na zaproponowanie działania. Ale wykluczenie B i włączenie C wcale nie oznacza, że pacjentowi się poprawi. Wzięcie odpowiedzialności jest czynnikiem hamującym – mnie, bo nie domagam się już zmiany wszystkiego na wszystko, ale i lekarzy – bo często proponuję zmiany leczenia chorób przewlekłych, które mimo zauważonych błędów nie rozwijały się w galopującym tempie, a po zaproponowanej interwencji nikt nie ma pewności w którą to wszystko stronę będzie zmierzać.

Nie sposób jest mi nagle wejść umysł lekarzy i zrozumieć pobudki nimi kierujące, ale postanowiłem, że choć często z góry krytykowałem pewne ich postępowania czy decyzje, to przyjrzę się temu bardziej. Po pierwsze – lek a wskazanie. Gotowało się we mnie z początku, gdy po konsultacji psychiatrycznej trzech na czterech pacjentów dostawało ten sam lek. W moim przekonaniu farmakologia była nauką pytanie – odpowiedź. Pacjent cierpi na to – otrzymuje to. Wskazania pierwszego, drugiego rzędu. Ewentualne działania niepożądane czy przeciwwskazania jako wskazówka. I tyle. Ale okazuje się, że w medycynie nie wszystko jest takie oczywiste. Nie zawsze pacjent ma bezbłędnie przypisane objawy do rozpoznania. Czasem objawy pojawiają się znienacka, nie ma czasu na ich diagnostykę, trzeba działać. Wtedy w grę wchodzi leczenie na bazie doświadczenia. Skoro pomogło innym, temu może też pomoże. Z początku uważałem to za najkrótszą drogę do celu, ale teraz widzę, że często jedyną słuszną. Pacjent z zaburzeniami snu, przy swojej ostrej niewydolności nerek, zaburzeniach elektrolitowych i skaczącym na głowę CRP jest dla lekarza i tak jednostką spędzającą sen z powiek i jeśli na to nowe poboczne zaburzenie można zadziałać szybko, lepiej spróbować niż lege artis studiować książkę do farmakologii w poszukiwaniu złotego środka.


Swoją drogą, podręczniki dla lekarzy są nawet pisane w inny sposób. Jeden z nich postanowiłem zakupić, żeby nieraz dokształcić się z tego, o czym mowa w przypadku danego pacjenta. Tam duży nacisk kładzie się na decyzję lekarza, na jego interpretację, podkreślając oczywiście ewentualne źródła pomyłek i przyczyny błędów. Ale od początku lekarz mam wrażenie jest uczony, że ma nie tyle wiedzieć, co czuć, że robi dobrze. I parokrotnie przekonałem się, że to lekarskie leczenie „z góry” przynosi efekty. Może gdyby trzymać się reguł, które tak kocham i sztywno czekać na niepodważalne przesłanki w kierunku danej jednostki chorobowej, temu pacjentowi nie dałoby się już tak (łatwo) pomóc?

Chciałbym też poniekąd wycofać się ze słów o nieufności na linii farmaceuta-lekarz. Nie uważam, że jest to najbardziej zgrany team w szpitalu, jednak myślę, że to nawet z początku nie tyle o nieufność chodzi, a raczej niezrozumienie swoich kompetencji i niezauważenie potencjalnego obszaru, w którym można połączyć siły. Farmaceuta nigdy nie będzie leczył. Mam poczucie, że gdy lekarze z mojego oddziału zauważyli, że nie mam zapędów w tym kierunku, troszkę spokojniej zaczęli patrzeć na moje poczynania. Z drugiej jednak strony widzę, że z pewną ulgą patrzą na to, że nasza współpraca nie opiera się tylko na konfrontacji „moje jest mojsze”, nie jest to walka pt. farmacja vs. medycyna. Moim zadaniem jest podążać za pewnymi trendami w farmakologii, często w oparciu o wytyczne czy zalecenia środowisk lekarskich. Takie przedstawienie pewnych problemów wydaje się spotykać z dużo cieplejszym przyjęciem, jeśli zaproponowana przeze mnie zmiana została zaaprobowana przez czynnych medyków. Oznacza to, że nie próbuję naprawić pacjenta według książkowej instrukcji, a jedynie zaktualizować w ich głowach instrukcję, którą ktoś im kiedyś przekazał. Słowem – jestem konsultantem do spraw aktualizacji baz wiedzy lekarskich umysłów :)

I na tym chyba ta rola powinna się opierać. Na zachęceniu lekarzy do wspólnego intelektualnego wysiłku. Ja dostarczam surowych danych, oni je obrabiają, biorąc pod uwagę tysiące zmiennych. Bardzo podoba mi się to, że w ostatnim czasie udało mi się wejść w polemikę z lekarzami w oparciu o pozostawiony przeze mnie artykuł czy metaanalizę, która w mniejszym lub większym stopniu nie była zgodna z ich stosowanymi praktykami. W kilku prostych zdaniach otrzymanych w ramach riposty wiedziałem już, że zasiałem odpowiednie ziarnko, ale też ktoś nie dziubie ich bezmyślnie. Pojawiły się pytania, na które chyba nawet sami autorzy nie byliby w stanie odpowiedzieć i których chyba nie wzięli pod uwagę, wysnuwając swoje – często jednoznaczne – wnioski. Imponuje mi przenikliwość lekarskich umysłów, którzy zajmując się swoimi pacjentami, często słuchają mnie „jednym uchem” (za co przepraszają, ale na co się godzę, bo to pacjent jest tam najważniejszy!), a mimo wszystko tak wiele potrafią wyciągać z tych konfrontacji.

I rzecz ostatnia – tu cofam swoje może nigdy niewypowiedziane obawy. Lekarze się uczą i chcą się uczyć. Od nas. Oni nie uczą się ode mnie jako od osoby, ja jestem tylko jednym z wielu. Ale wierzę, że z podobnym zaangażowaniem wykorzystaliby te kilka minut rozmowy, które dzielą ze mną każdego dnia. Z uśmiechem patrzę, gdy rozmawiając z jednym lekarzem włącza się drugi, bo chce zwyczajnie posłuchać. Bo może kiedyś bez mojej czy innego farmaceuty interwencji uda mu się tak poprowadzić terapię, bym nie wrócił z problemem po analizie zleconych przez niego leków.

Może wyszła z tego wszystkiego mała laurka dla lekarzy, ale należy im się – za to, ile lat w myślach nie potrafiłem uwierzyć, że są skłonni i chętni do dialogu i za to, ile robią dla pacjentów, na których też tak szalenie mi nie zależy. Bądź co bądź dla zysków finansowych nikt w polskich szpitalach nie siedzi:) Ale według mnie to jest kolejny poziom farmacji. Ta farmacja 2.0. Jako farmacja na arenie wielkiej medycyny. Jako jej część. A nie tylko hermetyczna nauka, która przydaje się tylko i wyłącznie w murach apteki.

Udostępnij
PILNE
ZAMKNIJ
Oświadczenie

Dostęp do zawartości serwisu farmacja.pl jest możliwy
dla osób uprawnionych do wystawia recept
lub osób prowadzących obrót produktami leczniczymi.

Oświadczam, że jestem lekarzem, farmaceutą
lub osobą prowadzącą zaopatrzenie w produkty lecznicze.


Akceptuj