"Gołym okiem widać, że to naciągacz" | farmacja.pl

"Gołym okiem widać, że to naciągacz"

Obrazek użytkownika farmacja.pl
Autor: farmacja.pl / Opublikowano: 2017-11-03 12:59:45 /

Zbigniew Wodecki, Grzegorz Miecugow, Tomasz Kalita – naczelny uzdrowiciel Polski Jerzy Zięba wykorzystał ich śmierć do rozwoju pseudomedycznego biznesu. Rodziny zmarłych są oburzone, ale i bezradne. Podobnie jak przerażeni całym procederem lekarze.

Tomasz Kalita, polityk SLD, odszedł 16 stycznia 2017 roku. Przyczyną jego śmierci był nowotwór - wielopostaciowy glejak 4 stopnia. Pięć dni po jego śmierci, w dniu pogrzebu, Jerzy Zięba wypuścił do sieci kilkunastominutowy filmik.

– Pan Tomasz mógł żyć. Zabiło go leczenie nowotworu, którego nie było – mówił do kamery.

– Przyjechał do nas i stwierdził, że glejak się „pięknie leczy”. A przecież ten 4. stopnia, wielopostaciowy, którego miał Tomek jest w stu procentach śmiertelny. Absolutnie nieuleczalny. Opowiadał o swoich teoriach, o dobrodziejstwie witamin. Jednocześnie podważał sens stosowania chemioterapii. Potem w rozmowie ze mną wprost powiedział, że to źle, że Tomek przyjmuje chemię – mówi żona polityka, Anna Kalita.

Ta sama historia powtórzyła się pół roku później wraz ze śmiercią znanego dziennikarza Grzegorza Miecugowa. I znów ten sam schemat. Grzegorz Miecugow umiera 26 sierpnia 2017 roku. 1 września jest pogrzeb. A tydzień później Jerzy Zięba wypuszcza filmik na temat jego śmierci: "W przypadku pana Grzegorza można było zrobić znacznie więcej".


– Nie byłem w stanie zobaczyć tego do końca. To oburzające, żeby mówić takie rzeczy tuż po pogrzebie. Dla mnie to próba podczepienia się pod śmierć mojego ojca i na dodatek zarabiania na tej śmierci. – mówi Krzysztof Miecugow, syn Grzegorza Miecugowa.

Zięba, chociaż nie jest lekarzem, wie jak leczyć Polaków lepiej niż wszyscy profesorowie medycyny razem wzięci. W obu przypadkach nie miał dostępu do dokumentacji medycznej. Nie rozmawiał z lekarzami obu pacjentów. Grzegorza Miecugowa nawet nie znał. Z Tomaszem Kalitą spotkał się tylko raz.

– Sam się do nas zgłosił kiedy zobaczył, że sprawa jest tak medialna – mówi Anna Kalita.

Tak samo wypowiadał się zresztą po śmierci Zbigniewa Wodeckiego. Jego też nie znał, nawet nie wiedział co dokładnie mu dolegało, ale jego zdaniem też można było go uratować. Sugerował tak publicznie w warszawskim klubie Ronina. 22 maja 2017 roku. Dokładnie w dniu śmierci Zbigniewa Wodeckiego.

Cały artykuł dostępny na stronach Wprost.

Źródło: wprost.pl

Udostępnij
PILNE
ZAMKNIJ
Oświadczenie

Dostęp do zawartości serwisu farmacja.pl jest możliwy
dla osób uprawnionych do wystawia recept
lub osób prowadzących obrót produktami leczniczymi.

Oświadczam, że jestem lekarzem, farmaceutą
lub osobą prowadzącą zaopatrzenie w produkty lecznicze.


Akceptuj