Hydroksyzyna i inne cukiereczki

Autor: Karolina Morze / Opublikowano: 16. luty 2017 - 11:47 /

Pani dzieci też takie niespokojne? Mój na spacerze zawsze jest taki, daję mu syropek i zaraz jest lepiej - brzmi jak tekst z reklamy? Niestety, to słowa jakie usłyszałam niedawno będąc na spacerze. Z ciekawości podeszłam bliżej i zobaczyłam jak kobieta z torby wyciąga hydroksyzynę, leje na łyżeczkę i pakuje maluchowi do buzi. - Pani też chce dla dzieci? - zapytała mnie z pełną życzliwością patrząc współczująco na mój podwójny kombajn i wiercące się w nim córki.

Jest taka grupa osób, którzy zachowują się jakby nie dotyczyły ich zasady dobrej praktyki lekarskiej, powszechne rekomendacje zdrowotne, doniesienia naukowe i procedury medyczne. W kwestii zdrowia z wielkim sceptycyzmem odnoszą się do zaleceń lekarskich, konsultują je z rzeszą niemedycznych doradców i dobierają leki kierując się szeroko pojęta „intuicją”. To rodzice.

To prawda, że nikt tak dobrze jak rodzic nie zna swojego dziecka. Mama która z niemowlakiem spędza dwadzieścia cztery godziny na dobę jest w stanie stwierdzić czy i kiedy jest głodne po drobnych niuansach jego zachowania, jak również co mu dolega na podstawie rodzaju płaczu lub aktywności w ciągu dnia. Potrafi obudzić się w nocy zanim maluch zacznie płakać słysząc jedynie jego zmieniający się oddech. Nie wątpię więc, że mając nieco doświadczenia w leczeniu powszechnie u dziecka występujących przypadłości może trafić celnie z farmakoterapią.

Do tego u dzieci w konkretnym wieku pewne schorzenia są powszechne i nawracające (zapalenia ucha, katar, zapalenia krtani, spojówek) a możliwości leczenia ograniczone, stąd lekarze raczej nie przepisują niczego nowego. Nic dziwnego więc, że rodzice zamiast spędzać z gorączkującymi szkrabami godziny w poczekalni żeby usłyszeć to co zwykle wolą na własna rękę zastosować coś, co już sprawdziło się w podobnych okolicznościach, co zostało im z poprzedniego razu albo udać się po to do apteki.

Te dwa czynniki sprawiają, że rodzice stają się z czasem zbyt pewni, zbyt zarozumiali i zapominają, że samoleczenie jest obarczone dużym ryzykiem, którego nie powinni podejmować, a leki to nie cukierki, które bez większej szkody można podawać dziecku bez ograniczeń. Nie posiadając wiedzy rodzice często w nagłej potrzebie (a czasem też i z przyzwyczajenia, jak pani opisana na początku) sięgają po to, co mają w domu i popełniają straszne błędy terapeutyczne, jak podanie wielokrotnie tej samej lub niewłaściwej substancji, zastosowanie resztek leków, które zostały z poprzedniego razu (najczęściej antybiotyków w zawiesinach, kropli do oczu), które niekoniecznie były prawidłowo przechowywane. Czasem stosują też leki zdobyte naprędce od znajomych, bez ulotek, bez sposobu dawkowania i informacji o działaniach ubocznych. Potem trafiają do nas żeby oddać „pożyczkę”, kontynuować samodzielnie dobraną antybiotykoterapię lub prosić, albo coraz częściej – żądać, wydania czegoś, co zawsze było stosowane, ale się skończyło (np. sterydy do inhalacji czy właśnie hydroksyzyna).

Choć to rodzic decyduje o farmakoterapii swojego dziecka, to my w takiej sytuacji ponosimy odpowiedzialność za leczenie małego pacjenta i to nasza decyzja czy lek sprzedamy, czy w danych okolicznościach sytuacja tego wymaga. Coraz częściej widzę i słyszę, że do sprawy podchodzimy pochopnie, jakby zaufanie rodzicowi w kwestii leczenia dziecka stało się czymś naturalnym. Jeśli opornie odmawiamy wydania leku bez recepty, zdarza się że rodzic po kilku godzinach przychodzi z powrotem i rzuca nam w twarz zaleceniami lekarskimi udowadniając, że miał jednak rację, co wzmacnia jego poczucie nieomylności, a nam pokazuje, że jedynie utrudniliśmy mu życie swoim uporem. Nie podziękuje, jeśli pomysł okaże się chybiony a nasza postawa uchroni jego dziecko przed konsekwencjami niewłaściwego leczenia. Mimo to warto podejmować wysiłek i z rozsądkiem oraz ostrożnością rozpatrywać prośby rodziców. Ich zbyt duża pewność siebie a nasza uległość może doprowadzić do tragedii. Nie bądźmy jej pierwszym ogniwem.

PILNE
ZAMKNIJ