Przychodzi baba do aptekarza i...

Obrazek użytkownika farmacja.pl
Autor: farmacja.pl / Opublikowano: 2016-12-20 09:31:17 /

Każdy z nas z nas ma takie sytuacje, że pacjenci pojawiają się z gotową diagnozą i receptą w postaci wycinka z kolorowej gazety, skrawka papieru z błędnie zapisaną nazwą preparatu, na dodatek z niepojętymi błędami. Nieskładnie próbują powiedzieć trudne dla nich nazwy, co czasem przybiera formę niezwykłych anegdot branżowych. To ostatnie samo w sobie zasługuje na uwiecznienie, ale nie tym dziś będzie mowa.

W każdym razie nie kpimy z chorych. Robimy swoje. A przynajmniej próbujemy. Bywa, że po wszystkim zadajemy sobie pytanie: po co???

Ad rem. Do apteki przychodzi... starsza pacjentka. Nie kojarzę jej twarzy. W ręku karteczka z nagryzmolonymi i poprzekręcanymi nazwami medykamentów. Ze zużytej reklamówki wysypuje pudełka z różnymi lekami, w tym do przewlekłego stosowania (statyny i prile). Metki wskazują na zakupy w sieciowym molochu. Z samego dna siatki wygrzebuje na wpół opróżnione brudne tuby maści. Mówi, że od wielu tygodni leczy ranę na łydce. Nawet ją pokazała. Odwiedziła wielu lekarzy, ale już im nie ufa. Zaczęła słuchać sąsiadek, różnych “Goździkowych”, ale to NIC NIE POMAGA! Widać, że cierpi, a przewlekłość leczenia niszczy jej psychikę. Manifestuje wrogość wobec otaczającego świata, w tym polityków wszystkich opcji, ze szczególnym naciskiem na Balcerowicza i Tuska. Siała agresją na prawo i lewo jak z karabinu maszynowego. Aż mi się skojarzyła ze znakomitym filmem wojennym pt. “Furia” (2014).

Dopóki pacjent nie atakuje mojej osoby, jestem tolerancyjny. Nie należę jednak do tych, którzy dla grosika zarobku powiedzą plującym, że pada deszcz. Na szczęście tym razem wystarczyła chwila cierpliwości i sakramentalne pytanie: a w czym ja mógłbym pani pomóc? Napięcie opadło... Zaczęło się mozolne wyciąganie faktów. Pogryzienie przez psa, wizyta na SOR, opatrywanie niewielkiej ranki, szczepionka przeciwtężcowa, antybiotyki w maści i doustne, itp. Teoretycznie znany standard. Problem był w tym, że wydarzenie miało miejsce prawie dwa miesiące wcześniej.

Zacząłem drążyć temat. Nie było łatwo. Kobiety zwykle kluczą i nie odpowiadają wprost. Mocno dojrzały wiek też nie ułatwiał kontaktu. W każdym razie przyczyna tkwiła w... niechlujnym i niefrasobliwym stosowaniu różnych maści, w tym tych “zaleconych” przez sąsiadki, pociotków i gazety. Przede wszystkim przyczyną był brudny palec (zamiast sterylnego kompresu) pacjentki oraz stosowanie świeżej warstwy maści na wcześniejszą, zanieczyszczoną i zużytą. Brak przemywania, oczyszczania rany, itp.

Zaczęło się tłumaczenie. Pracuję w aptece od 1 grudnia 1988 roku, więc już nabrałem doświadczenia w przekładzie języka fachowego na ten zrozumiały dla przeciętnego pacjenta. Podobno dlatego do mnie trafiają. Tak mówią zwłaszcza ci, którzy, jak powyższa kobieta, wysypują mnóstwo opakowań leków z metkami innych aptek.

W każdym razie pacjentka zaakceptowała moje tłumaczenie. Co więcej, sama zapytała o dalszy tok postępowania. I tu, nomen omen, dotykamy najbardziej drażliwej sprawy. Otóż zaleciłem jej tylko częste przemywanie rany wodą utlenioną. Ranka mała, więc jedna butelka wystarczyła. Każdy farmaceuta zna jej niską cenę.

Zrobiłem coś, co zrobiłaby przeważająca część farmaceutów. Wybrałem najlepsze dla niej rozwiązanie. Zostałem wyszkolony do pomagania chorym. Taki mam imperatyw wewnętrzny, który mną kieruje. Jednakże zrobiłem to wbrew interesowi ekonomicznemu własnej apteki, a więc osobistemu, w tym moich najbliższych. Dokładnie ten imperatyw jest wykorzystywany przeciwko tym wszystkim farmaceutom, którzy w swych aptekach nie ulegają naciskowi z zewnątrz. Koszyk zakupowy się kłania, a w ślad za nim większe przychody aptek należących do niefarmaceutów. Średni paragon w sieciówce opiewa na ok. 65 złotych, w aptece należącej do farmaceuty – na ok. 40 złotych.

Koordynator w sieci miota przekleństwa, wściekły właściciel-rzeźnik wydzwania z Cypru, a tabelka w Excelu kopie farmaceutę w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Czyli zewnętrzny nacisk wymusi sprzedanie kolejnej maści przeciwbakteryjnej i płynu do dezynfekcji. Do tego kompresy, koniecznie innej “lepszej” firmy plus tabletki przeciwbólowe oraz wzmacniające siły obronne organizmu. Widzą Państwo? Stworzenie koszyka to żaden problem nawet dla takiego dinozaura, jak ja. (Pozdrowienia dla Kolegi Wojtka Olendra ;-) )

Jeśli apteka zarabia tylko na sprzedaży specyficznego "towaru" jakim są leki (niefarmaceuci mawiają, że to towar taki, jak każdy inny), to nasza wiedza, porada czyli usługa są niepotrzebne. Wręcz przeciwwskazane. Nikt mi nie powie, że 3% sol. H2O2 finansowo znacząco pomaga funkcjonować aptece. Od razu uprzedzam, że nie przyjmuję uwag domorosłych ekonomistów, że porada i sprzedaż taniego i dobrego (tani i dobry...) preparatu zachęci pacjentów do ponownego skorzystania z moich... usług. Tak, usług! Wszak wykonałem usługę. Może i farmaceutyczną, ale była to praca, za którą należy mi się zapłata.

Załóżmy, że mam sąsiada, który przez płot wrzuca mi niedopałki papierosów. Nie reaguje na moje protesty, więc idę do prawnika i zadaję mu pytanie, co powinienem zrobić? Prawnik mówi: nie, nie idźmy do sądu, bo nie warto. Lub: tak, idźmy do sądu, bo zachowanie sąsiada jest wysoce naganne. W obydwu przypadkach zapłacę za poradę prawnika, zapewne tyle samo. Kilka minut i po wszystkim. W przypadku sprawy sądowej dojdą dodatkowe koszty. W przypadku przegranej, wzrosną jeszcze bardziej. Prawnik i tak zarobi, ja wprost przeciwnie.


W opisywanym przypadku z apteki, finansowo straciłem na swej wiedzy. Pacjentka zyskała, system ochrony zdrowia, tzn. ubezpieczyciel, płatnik – także.

Tenże system jest tak skonstruowany, że od farmaceutów nie oczekuje efektywności, tylko taniości. Tzn. leki mają być tanie. Farmaceuci mają je tylko wydać. Przełożyć z hurtownianego pojemnika na apteczną półkę i pośredniczyć w przekładaniu pieniędzy z kupki płatnika na kupkę producenta. Dostaną ochłap (przypominam marżę urzędową na carvedilolu 6,25 mg) na otarcie łez i tyle.

Nie, to nie będzie działać. Jeśli mam robić użytek ze swej wiedzy, muszę być wynagradzany. Na mej wiedzy zyskuje pacjent i ubezpieczyciel. Skoro zwiększanie obciążeń finansowych dla pacjenta jest politycznie nieakceptowalne, koniecznością jest finansowanie mej usługi przez płatnika. Mogę sobie wyobrazić różne rozwiązania, ale pierwszym byłoby, gdyby zaoszczędzona przez pacjenta kwota wpływała na konto farmaceuty. Proszę mnie nie łapać za słówka i brak szczegółów, że niby jak udowodnić NFZ-owi, że pacjent zaoszczędził X złotych. Piszę o zasadzie, a nie szczegółowych rozwiązaniach. Jak ktoś ma pomysł, NIA chętnie go przyjmie, a po analizie przedstawi
w resorcie zdrowia.

Na marginesie. Kolega z dzieciństwa jest stomatologiem po mojej poznańskiej uczelni. Od prawie 30 lat pracuje w Niemczech. Ma swoją prywatną praktykę (określenie stamtąd) czyli gabinet. Ma też umowę z kasą chorych, że czasem pełni nocny dyżur na telefon. Przyjeżdża na wezwanie, leczy oraz – czasem – udziela informacji o zaleconych lekach. Ma płacone za: gotowość do wyjazdu, przejazd i powrót, leczenie i (uwaga!) informowanie pacjenta o dawkowaniu leków. A teraz kolejna ciekawostka: ma płacone również, gdy tej informacji o dawkowaniu udzieli przez telefon. Zapytałem go, jak kasa chorych weryfikuje tę pozycję o informacji telefonicznej na rachunku wystawionym przez niego? Odparł, że nie weryfikuje. Lekarzom, obywatelom, się ufa.

Przed laty przeczytałem, że podobno w Szwajcarii (nie upieram się, że tam i że nadal) obowiązuje interesujący system zachęt do stosowania tańszych odpowiedników. Otóż w przypadku przyjęcia przez pacjenta rekomendacji farmaceuty co do zakupu odpowiednika, tamtejszy płatnik po połowie dzieli się z farmaceutą zaoszczędzoną kwotą.

Można???

Wiem, że nasz system jest diametralnie inny. Przy marży od limitu takie rozwiązanie jest nierealne. To tylko potwierdza, jak bardzo nasz system refundacji leków odbiega od normalności.

Faktem jest również, że jako farmaceuci wykonujemy szereg usług, choćby jak ta opisana przeze mnie. Jeśli to nie jest usługa, to co to jest? Dobra rada pana lub pani w białym fartuchu? Nawet jeśli, jest to dobra rada korzystna dla zdrowia chorego i finansów ubezpieczyciela. Musi być stosownie wynagrodzona. W przeciwnym wypadku te rady będą wyjątkiem, a w aptekach pogłębi się dążenie do szukania innych, niekoniecznie poprawnych, źródeł zarobkowania. Reeksport lub duże, choć puste apteki jako pralnie pieniędzy są tego namacalnymi przykładami.

Tylko większe wykorzystanie naszej wiedzy może nam przynieść poprawę sytuacji zawodowej, a nie, niedawno wypunktowana przez K. Sobonia w jego felietonie, sprzedaż na blistry, sztuki lub (to już z moich informacji) gramy znanego płynu dezynfekującego fasowane do mniejszych buteleczek.

Martwy ratownik, to zły ratownik. Zbankrutowany farmaceuta, to zły farmaceuta. On nikomu nie pomoże. Dlatego rozdawnictwo swej wiedzy i pracy uważam za szczególnie naganną przywarę w naszym zawodzie. Nasi przeciwnicy, adwersarze, w tym zwłaszcza domorośli politycy i dziennikarze, lubią szermować "misją i etyką" oraz "dobrem pacjenta". Za te pojęcia nie kupimy leków, ani nie utrzymamy apteki, pracowników oraz siebie.

Demagodzy polityczni lub dziennikarscy, ze swych prywatnych pieniędzy grosza nie dołożą do choćby nowej karetki, o zapłacie za apteczny dyżur nie wspominając. Dlatego też stale mając na uwadze salus aegroti, apeluję do farmaceutów o szanowanie swego dyplomu, wiedzy i wykonywanej pracy. Przykład montera gazowego ze wspomnianego felietonu jest wielce pouczający.

Jeśli my nie będziemy się szanować, nie liczmy na resztę społeczeństwa, że oni to zrobią.

Udostępnij
PILNE
ZAMKNIJ
Oświadczenie

Dostęp do zawartości serwisu farmacja.pl jest możliwy
dla osób uprawnionych do wystawia recept
lub osób prowadzących obrót produktami leczniczymi.

Oświadczam, że jestem lekarzem, farmaceutą
lub osobą prowadzącą zaopatrzenie w produkty lecznicze.


Akceptuj