REKLAMA
Autor: Karolina Morze Opublikowano: 1 lutego 2019

Wlewy, wlewki i zlewki

Artykuł pochodzi z serwisu

Wiadomo, że nie należy dotykać palnika w kuchence, gdy jest gorący. Trzeba uważać, żeby nie poparzyć się parą podczas gotowania. Żeby nie poślizgnąć się na lodzie. Nie przechodzić na czerwonym świetle. Nie zjadać rzeczy leżących na ziemi. Nie wypijać detergentu. Nie wkładać drutów do kontaktu. Każde dziecko to wie.

Gdyby nasi rodzicie wiedzieli, że to nie wystarczy, żeby przeżyć w dżungli dzisiejszych czasów, z pewnością rozszerzyliby nauki. Na przykład o to jak nie zostać ograbionym przez nigeryjskiego księcia, jak nie dać wyłudzać danych osobowych i jaka jest różnica między lekiem i kulkami z glukozy w ładnym opakowaniu, czyli generalnie jak rozpoznać oszustwo.

Ale w ich czasach Internet nie był drugim środowiskiem życia i narażenie na oszustów było mniejsze. Kto mógł wtedy wiedzieć, że w scamach internetowych będzie można wyciągnąć ogromne sumy od naiwnych ludzi, że pseudo znajomi z mediów społecznościowych będą prosili o udostępnianie zdjęć czyjegoś mieszkania nie żeby podziwiać wyposażenie, ale wejść w jego posiadanie podczas  nieobecności właściciela, że słowo „lek” nie zawsze będzie oznaczało preparat o wskazaniach leczniczych, a domorośli samozwańczy znachorzy będą nazywali się medykami i podejmowali leczenia ludzi. Za grube pieniądze.

REKLAMA

Szczęśliwcy w swojej drodze do dorosłości nauczyli się podchodzić do życia ostrożnie i nie ufać pierwszemu lepszemu gościowi w białym kitlu, nawet jeśli czarująco przekonuje, że podanie wiadra roztworu amygdaliny dożylnie sprawi, że trzydzieści kilo nadwagi przestanie być problemem, codzienne zmęczenie zniknie, a problemy odejdą na bok. Nie wszyscy jednak mieli to szczęście.

REKLAMA

Innym w szaleńczym tempie życia nie zawsze łatwo myśleć trzeźwo po całotygodniowym maratonie pracy, nadgodzin, dzieci i zajmowania się domem, zwłaszcza gdy po wpisaniu kilku fraz w internecie, jak „witaminy na koncentrację” czy „coś na witalność”, przeglądarka zaczyna bombardować go dobrze zaprojektowanymi reklamami gabinetów medycyny alternatywnej, które w obliczu wielu porażek medycyny tradycyjnej i potrzebą ludzi do znajdowania ultraszybkich, wygodnych rozwiązań, po setnym wyświetleniu na telefonie zaczynają skutecznie kusić obietnicami natychmiastowej poprawy zdrowia.

Gabinety medycyny naturalnej, choć z medycyną, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni z definicji, nie mają wiele wspólnego, oferują całą gamę różnego rodzaju ekstrawaganckich metod diagnostycznych i terapii eksperymentalnych. Na ich stronach widnieją nazwiska lekarzy i całej gamy personelu medycznego, którzy rzekomo trzymają pieczę nad pacjentem w takim gabinecie. Chcąc dowiedzieć się więcej o cudach, jakie czyni ta alternatywa dla terapii tradycyjnych, zadałam pytanie kilku gabinetom o pochodzenie produktów podawanych klientom oraz sposób ich wykonywania. Otrzymałam wymijające odpowiedzi. Jeden z gabinetów przyznał, że wlewy wykonują na miejscu, ale nie dowiedziałam się przez kogo i z użyciem jakich środków ostrożności. Nikt takiej odpowiedzi nie chciał udzielić. Nikt z pacjentów nie pytał o takie rzeczy.

W ofercie gabinetów medycyny naturalnej znajdziemy badanie żywej kropli krwi, badanie analizatorem kwantowym oraz szereg zabiegów polegających na podawaniu wlewów dożylnych z witaminy C, witamin z grupy B, selenu, amygdaliny (których skuteczność jest mocno dyskusyjna) i czasami też innych rzeczy, które wpadną do wora, np. DMSO (którego skuteczność jest jak najbardziej potwierdzona – jego podanie bywa śmiertelne). Z przyczyn oczywistych brakuje jednak jednego bardzo ważnego i dziś potrzebnego. Wlewu ze zdrowego rozsądku.

Artykuł pochodzi z serwisu
REKLAMA
REKLAMA

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych