REKLAMA
Autor: Redakcja mgr farm Opublikowano: 27 grudnia 2019

Z pasieki do apteki. Farmaceuta o pszczelarskiej pasji…

Artykuł pochodzi z serwisu
REKLAMA

Produkty pszczele to nieodłączny element asortymentu każdej apteki. Miód, propolis, pyłek, mleczko pszczele… Jest jeden farmaceuta, który mimo młodego wieku wie na ich temat niemal wszystko. A do tego może pochwalić się własną pasieką. Mariusz Gochna o pszczelarstwie mógłby opowiadać godzinami…

Urodził się w podwarszawskim Wołominie – mieście znanym kiedyś z huty szkła, później także kojarzonym ze zorganizowanymi grupami przestępczymi. Jednak korzenie jego rodziny znajdują się w małej wioseczce Ołdakowizna, odległej od Wołomina o niewiele ponad 20 kilometrów. Mariusz Gochna – bo o nim mowa – w 2014 roku ukończył farmację na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Od tego czasu kilkukrotnie zmieniał pracę, szukając swojego miejsca. Zaraz po studiach trafił do apteki. Potem pracował jako technolog formy leku w placówce badawczo-rozwojowej. W końcu trafił do korporacji.

Obecnie Mariusz pracuje w firmie Johnson&Johnson, gdzie zajmuje stanowisko specjalisty ds. rejestracji produktów leczniczych. – Praca w korporacji daje znacznie większe możliwości rozwoju niż apteka. Niemal codziennie zderzam się z innymi problemami i nowymi wyzwaniami. Na moim stanowisku w ogóle nie występuje monotonia pracy. Ma to swoje wady – presja czasu, wielozadaniowość, ale wiadomo, że żadna praca nie jest idealna – opowiada młody farmaceuta.

REKLAMA

Mimo tego że obecnie mieszka na warszawskim Mokotowie, to właśnie Ołdakowiznę Mariusz Gochna uważa za swój prawdziwy dom. Tam spędził dzieciństwo. Tam też znajduje się jego pasieka…

REKLAMA

Pasja i przeciwwaga

Mariusz odkąd tylko pamięta chciał zostać pszczelarzem. Jak sam przyznaje, od dziecka ciągnęło go do natury. A miód to jeden z niewielu produktów, który jest spożywany w tej samej postaci przez ludzkość od początku jej istnienia. Jako surowiec pozyskany z ula nie podlega żadnej obróbce. – Uwielbiam wieś, rolnictwo, pracę fizyczną, zwierzęta. Pszczelarstwo doskonale się w to wpisuje, a także jest idealną przeciwwagą dla pracy w świecie farmaceutycznym – przyznaje Mariusz.

Paradoksalnie pszczelarstwo niewiele ma wspólnego z farmacją, co sprawia, że jest idealną odskocznią od spraw zawodowych. – Zawsze przywołuję w tym miejscu przykład jednej z moich ulubionych postaci literackich, Sherlocka Holmesa. W przerwach między swoimi śledztwami kryminalnymi grywał na skrzypcach oraz podziwiał dzieła malarstwa. Dzięki takim właśnie rzeczom można oszczędzić obszary mózgu wyczerpane pracą zawodową, a pobudzać inne – przekonuje. Jego zdaniem każdy farmaceuta, zmęczony pracą za biurkiem czy aptecznym „okienkiem”, doskonale odpręży się, przyglądając się pszczołom, które latają wokół i chodzą po dłoniach. – To rozbije każdy stres, proszę mi wierzyć – przekonuje Mariusz.

Pszczelarzem chciał być już od dawna, ale na dobry moment musiał trochę zaczekać. Samodzielne prowadzenie pasieki, nawet najmniejszej, nie jest zajęciem dla młodych ludzi – przynajmniej nie przed ukończeniem dwudziestki. – Oczywiście tacy młodzi pszczelarze istnieją, ale przeważnie pomagają w pasiece swoim rodzicom czy starszemu rodzeństwu – wyjaśnia Mariusz.

Jego zdaniem, by odpowiedzialnie zajmować się pszczołami, potrzebny jest przede wszystkim jakiś pojazd, aby przewozić pasiekę na pożytki (miejsce, gdzie pszczoły zbierają surowce pochodzenia roślinnego do produkcji m.in. miodu) czy dojeżdżać do niej spoza stałego miejsca zamieszkania. Do tego niezbędna jest odpowiednia działka na pasiekę. Konieczne są także pieniądze na leki czy sprzęt, a te zwracają się dopiero po kilku latach. – Ludzie bardzo młodzi rzadko dysponują takowymi, a przynajmniej taki młody człowiek, jakim byłem ja 10 lat temu – przyznaje młody farmaceuta.



Weekendy z pszczołami

Sam pszczelarstwem zajął się dopiero po ukończeniu studiów farmaceutycznych. – Najwięcej pracy w pasiece wypada w maju i w czerwcu, czyli wtedy, kiedy na studiach mamy zaliczenia ostatnich zajęć i sesję egzaminacyjną. Nie mógłbym wtedy zadbać należycie o pszczoły, dlatego musiałem zaczekać na odpowiedni moment – przyznaje. Pierwsze dwa ule ofiarował mu w roku 2015 jego wujek Marek – z zawodu stolarz, który pszczelarzem jest już od co najmniej 4 pokoleń. – To on wprowadził mnie w świat pszczół, nie szczędząc czasu, wysiłku, dzieląc się zdobywaną przez kilkadziesiąt lat wiedzą i umiejętnościami, a także, co zdarzało się przez kilka pierwszych lat „pszczelarzowania”, nierzadko rzeczowo krytykował i wskazywał popełniane błędy – przyznaje Mariusz.

Obecnie ma już 6 uli albo mówiąc właściwie – pni pszczelich lub rodzin pszczelich. Jak przyznaje, to niewiele, ale ta mała pasieka jest wciąż w fazie rozwoju, który musi niestety trochę potrwać. Przez cały sezon z każdej pszczelej rodziny można wyhodować tylko jedną nową. Dzieje się to wyłącznie w sytuacji gdy ta macierzysta jest odpowiednio silna, a to nie jest regułą. Poza tym Mariusz przyznaje, że okolica jego pasieki nie obfituje szczególnie w pożytki i te stara się powoli zwiększać, rozmnażając na nieużytkach rośliny miododajne. – Wyszukuję też inne miejsca, gdzie pszczoły mogę przewieźć na pewien czas, by skorzystały z innych pożytków niż dostępne na miejscu (rzepaku, lipy). Rozwój pasieki musi być współmierny do rozwoju tej „bazy”, chyba że chcemy hodować słabe, wygłodzone i podatne na choroby pszczoły – wyjaśnia farmaceuta.

Artykuł pochodzi z serwisu
REKLAMA
REKLAMA

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych